Numer / Luty 2011

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Luty 2011

Tekst:      Karolina Kwiecień
Zdjęcia:  Julia Witczuk, Stanisław Pagacz

Huculska Baśń zimowa


Tagi: Góry , Święta , Karolina Kwiecień , Zima , Luty , 2011 , Huculszczyzna , Ukraina , Europa , Julia Witczuk , Stanisław Pagacz , Czarnohora , ZA DARMO

Huculszczyzna leży na końcu świata. Nie na dalekim, egzotycznym końcu wielkiego świata, ale całkiem bliskim, swojskim końcu naszego światka. Choć zmieniały się granice państw, zawsze tam leżała. Teraz zajmuje skrawek zachodniej Ukrainy, a nieliczne przysiółki znajdują się też po rumuńskiej stronie Czarnohory.

 

Huculszczyzna miała opinię krainy niedostępnej, niecywilizowanej, zamieszkanej przez dziki lud tajemniczych Hucułów. Tak postrzegali ją urzędnicy państwowi Cesarstwa Austro-Węgierskiego, tak malowali młodopolscy artyści międzywojennej Rzeczypospolitej, tak o niej mówili działacze partyjni ZSRR, tak też opisują ją na blogach turyści.

 

Zmienia się nastawienie do owej dzikości ludzi i przyrody. To, co ganili urzędnicy, zachwycało artystów, co wzbudzało pogardę komunistów, fascynuje turystów. Co roku mit huculskiej krainy sprawia, że niedogrzanymi elektryczkami, ciasnymi marszrutkami i rozklekotanymi autobusami Polacy jadą do stóp Czarnohory. Penetrują podgórskie miejscowości w poszukiwaniu śladów przedwojennej Polski, wyruszają na grań, by przeżyć prawdziwą przygodę. Niektórzy odnajdują to, czego szukają, inni konfrontują mit z rzeczywistością. Wszystko zależy od tego, jak się szuka, jak patrzy i jak słucha.
Latem na grani Czarnohory dominują Ukraińcy i Polacy. Nie każdemu udaje się przejść całe pasmo, ale jest góra, na którą trzeba wejść obowiązkowo. Nie zdobyć „tego” szczytu to jakby wcale nie być w Czarnohorze. Wiedzeni tą myślą Polacy i Ukraińcy maszerują na... zupełnie inne góry. Na Howerlę (2061 m n.p.m.), najwyższy szczyt kraju, ciągną ukraińskie wycieczki spod schroniska Zroślak. Idą ludzie w butach trekkingowych, w trampkach, w klapkach, z plecakami albo reklamówkami, idą dorośli i dzieci, turyści indywidualni i wycieczki, idą partie, czołowi politycy, bywali też prezydenci i premierzy. Po przeciwnej stronie grzbietu Polacy wspinają się na Popa Iwana (2028 m n.p.m.), na którym, niczym tajemnicze zamczysko, górują ruiny przedwojennego obserwatorium astronomicznego. Powstało ogromnym nakładem sił i środków jako jedna z najnowocześniejszych tego typu placówek w Europie. Oddane w lipcu 1938 r. działało zaledwie 14 miesięcy. Ruiny wyglądają imponująco tylko z daleka, gdyż polscy i ukraińscy turyści pospołu, sukcesywnie, zamieniają je w najwyżej położony na Ukrainie śmietnik i publiczny wychodek.

 

 
WZAJEMNOŚCI
Na Huculszczyźnie ludzie kształtowali surową przyrodę, a przyroda rzeźbiła charaktery ludzi.
 
Z GÓR W DOLINY
Dopiero zimą można zwieźć siano z odległych hal i stromych łąk, ciągnąc je po śniegu na saniach.
 
OBY DO WIOSNY
Karpacka zima to trudny czas dla ludzi i zwierząt. Pierwsi starają się nie opuszczać domostw, te drugie mogą tylko powygrzewać się w zimowym słońcu.

 

KRAINA ŚW. MIKOŁAJA

 

Czarnohora to rozległe pasmo, gdzie ludzie trzymają się zwykle głównych szlaków. Łatwo odnaleźć tu odosobnienie, zaszyć się gdzieś pośród traw połonin i świerkowych lasów, rozbić namiot w pięknym kotle, wędrować zwierzęcymi ścieżkami po świerkowych lasach. Łatwo znaleźć miejsca, gdzie jak okiem sięgnąć, nie widać świateł. To równocześnie góry, gdzie wciąż trwa intensywny wypas owiec, krów i koni, gdzie ludzie korzystają z dobrodziejstw lasu. Na końcu dnia mozolnej wspinaczki wspieranej nowoczesnym sprzętem turystycznym spotyka się rodziny z dziećmi zbierające borówki albo dziesięcioletniego pastuszka proszącego o papierosa.
Górzysta Huculszczyzna nigdy nie była łatwym miejscem do życia, ludzie kształtowali tu surową przyrodę, a przyroda rzeźbiła charaktery i kulturę ludzi. Ta specyficzna więź między Hucułami i ich górami nie zawsze jest zrozumiała dla przyjezdnych. Miastowi boją się pasterskich psów i pasących się byków, nie wiedzą, jak przekraczać drewniane płoty. Mijają czarnohorskich górali rozczarowani, że na co dzień nie widać folkloru, z którego są tak znani. Nie rozumiejąc huculskiej gwary, pozwalają sobie na niewybredne uwagi przekonani, że sami nie są rozumiani. Czasem tylko zachwycą się tym, że jakiś staruszek pamięta trochę polszczyzny, jeszcze ze szkoły. O to, jak Hucułom żyło się w przedwojennej Polsce, nikt nie pyta. Ukraińscy górale też nie szukają większego kontaktu z przyjezdnymi niż tylko pogawędka pod sklepem albo na przystanku. Przyglądają się z boku, pozazdroszczą butów i nieprzemakalnych kurtek, podśmiewają się z chorowania po krowim mleku, z mody na chodzenie z kijkami oraz samego pomysłu włóczenia się bez celu, kiedy w koło tyle jagód i grzybów. Ludzie z tych dwu światów, nie tak odległych, raczej się mijają i obserwują, niż rzeczywiście spotykają.
Z nadejściem pierwszych przymrozków Czarnohora pustoszeje, zwierzęta i pasterze schodzą z połonin, a turyści wracają do miast. Huculszczyzna staje się inna, jakby cofała się do czasów dawnych, a mróz ścinał także pęd ku nowoczesności.
Zimą władzę nad światem obejmuje św. Mikołaj. Nie ten zachodni, brzuchaty, w niepoważnym czerwonym kubraku, ale ten wschodni, surowy, prawosławno-slowiański. Jest otaczany kultem i poważany, ponoć drzemie w nim prasłowiański bóg Weles, pan podziemi i świata zmarłych, schrystianizowany z biegiem wieków. Święty Mikołaj trzyma klucze od zimy. Zadmie raz w swój srebrny róg – Czarnohorę przykrywa gruba warstwa śniegu, zadmie drugi raz – krzepnie woda w rzekach i potokach, zadmie trzeci raz – marznie wszystko, co żywe. Jest też pasterzem zwierząt, tych domowych i tych dzikich. Dba, by ludzka chudoba nie wyginęła od leśnego zwierza, ale musi wykarmić wszystkie zwierzęta. Jednak żaden wilk, ryś czy cierpiący na bezsenność niedźwiedź nie wyszczerzy kłów bez jego wiedzy i przyzwolenia.

 

 
POWRÓT PRAWOSŁAWIA
Po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę w 1991 r. powstaje coraz więcej świątyń i kapliczek, często budowanych w trudno dostępnych górskich przysiółkach.
 
Z DALA OD SIEBIE
Huculskie gospodarstwa rozproszone są pośród gór i lasów, z resztą świata łączy je jedynie polna droga albo wąska ścieżka.
 
GÓRY GRANICZNE
Czarnohora jest najwyższym pasmem ukraińskich Karpat Wschodnich. Jej głównym grzbietem przebiegała przed wojną granica polsko-rumuńska.

 

ZIMOWY KALENDARZ

 

Zimą świat pogrąża się w bezruchu, oczekiwaniu, ciszy. Nie słychać szumu liści ani dzwonków zwierząt na połoninach, ludzie zamykają się w chatach. Ci, którzy mieszkają w oddalonych przysiółkach, rzadko widują gości. Kiedy zima jest sroga, śnieg tak zasypie, że drogi do oddalonych przysiółków stają się nie do przebycia nawet dla zaprawionych w trudach huculskich koników. Ścieżki stają się wręcz niebezpieczne – na otwartych przestrzeniach lawiny schodzą w głuchym hukiem. Zresztą co tu mówić o przysiółkach, kiedy bywa, że nawet do centrum wsi nie dojeżdża autobus. Wtedy droga zawieszona nad Czarnym Czeremoszem jest za śliska, a krawędź przepaści niebezpiecznie się przybliża.
Pozostaje siedzieć w chatach, prząść wełnę, tkać z niej łyżniki, czyli pledy w rombowe wzory, albo robić na drutach wełniane kapciury, bo najważniejsze, żeby w nogi było ciepło. Zapasów wystarczy, w końcu całe lato przygotowywano siano dla krów i owiec, zapełniano piwnice ziemniakami z przydomowych ogrodów, zbierano grzyby i jagody, robiono przetwory. Całą jesień małe huculskie koniki dźwigały do rozproszonych po górach gospodarstw worki mąki, cukru, soli i ryżu, karmy dla kur i innych potrzebnych rzeczy. W mniej mroźne dni ludzie zaprzęgają konie do niskich sań i jadą po stogi siana skoszonego na łąkach oddalonych od zagrody. Tylko wtedy można je zwieźć ze stromych hal i leśnych carynek. Przy stogach w pobliżu gospodarstw chudoba spędza dzień. Nie tylko owce, ale też konie i krowy porastają gęstym futrem niczym duże pluszowe miśki. Ale samemu smutno, więc jeśli pogoda pozwala, ludzie brną ścieżkami i płajami do sąsiadów, odwiedzić, sprawdzić, czy wszystko w porządku, czy pomocy jakiejś nie potrzeba. Albo chociaż wypatrują przez radzieckie lornetki wojskowe, czy widać ludzi, czy są ślady na świeżym śniegu. Brak dymu w kominie albo osiodłany koń stojący samotnie gdzieś na horyzoncie może oznaczać nieszczęście. Wtedy zbierają się gazdowie i ruszają na pomoc sąsiadom. Niejednemu życie uratowała taka troska. Było też wielu, dla których pomoc przyszła za późno. Samotni starzy ludzie toczą bój z zimą o każdy dzień świadomi, że kiedyś w końcu może ich pokonać.
Zimową monotonię przerywają święta. Na ten czas wszystko zyskuje inny wymiar, nawet zwykłe powitanie: Sława Isusu Chrystu – Sława na wiki Bohu zostaje zastąpione pozdrowieniem: Chrystos rodywsia – Sławitie joho. Huculi świętują podług kalendarza juliańskiego. Świętują cały styczeń.
W wigilię Bożego Narodzenia (6 stycznia) potraw jest wiele, wszystkie postne, bez mięsa, mleka, jaj i masła. Jest kutia, są pierogi z makiem i bakaliami, dania z ryb i grzybów, no i horiłki do woli. Te potrawy odsłaniają tajemnice zapomnianych wierzeń. Mak, grzyby i orzechy wiązano ze sferą śmierci i przypisywano im funkcję mediacyjną, więc nic dziwnego, że były nieodłącznym elementem jadła podawanego w dni, kiedy spodziewano się wizyty z zaświatów. Do stołu wigilijnego prosi się wilki i inne dzikie bestie, a nawet Cara Gradowego, samego Czarta Głównego. Jeżeli najciemniejsze siły mimo zaproszenia nie przyjdą, to przez cały rok nie będą miały mocy szkodzić ludziom i zwierzętom z tej zagrody. Tak przynajmniej było dawniej. Ale może i dziś są jeszcze tak odważni gazdowie, by zaprosić ciemne siły. Wigilia kończy się o północy, kończy się też post. O tej porze ludzie wciąż siedzą przy stole. Można podać wyczekiwaną wieprzową galaretę.

 

 

WRÓŻBA Z PIEROGIEM

 

W Boże Narodzenie pod cerkwią migają kolorowe chustki kobiet, spod kożuchów wystają barwne zapaski i kolorowe wełniane skarpety, mężczyznom spod kurtek widać haftowane koszule. Są też kolędnicy – dorośli mężczyźni w kompletnych ludowych strojach. Zimową ciszę rozrywa dźwięk trembity albo rogu i zaczyna się kolęda, rytmiczna i miarowa, a wraz z nią rytualny taniec, tzw. ples, także rytmiczny, chodzony, przytupywany, w rzędach lub w okręgu, z bardkami pobłyskującymi mosiężnymi żeleźcami i zdobionymi styliskami. Tak przebiega oficjalne rozpoczęcie sezonu kolędy. Potem już od chaty do chaty, do najdalszego przysiółka, całymi dniami aż do późnej nocy i tak aż do św. Wasyla (14 stycznia), a jeśli wieś duża, to i do Jordanu (19 stycznia). Wieczór przed św. Wasylem to czas wróżb. Przeróżne znaki na ziemi i niebie pokazują, jaki będzie kolejny rok i jaki ludzki los. Dziewczyny na wydaniu przygotowują każda po małym pierogu i karmią nimi kota. Której pieróg zostanie zjedzony, ta będzie mężatką jeszcze tego roku, której pieróg kot napocznie i zostawi, tej przypadnie los panny z dzieckiem, a jeśli zwierzak złapie pieroga i porzuci w kącie, tej chłopak oświadczy się, ale zostawi ją przed ślubem. W ten wieczór gazdowie bardzo dbają o zwierzęta, które na krótki czas stają się równe ludziom, mówią, lecz kto podsłucha taką rozmowę, nie może nikomu powtórzyć, bo umarłby niechybnie. Na św. Wasyla według kalendarza juliańskiego przypada Nowy Rok. Niegdyś było to bardzo ważne święto, dziś Huculi nazywają ten dzień Starym Nowym Rokiem, by odróżnić go od gregoriańskiego Nowego Roku. Huczne obchodzenie Nowego Roku 1 stycznia to w tym regionie zwyczaj całkiem niedawny, powojenny, taka „nowa świecka tradycja” wdrażana przez komunistów, by umniejszyć znaczenie Bożego Narodzenia. Ubiera się wtedy jelinkę, a Did Moroz przynosi prezenty.

 

 
OD ŚWIĘTA
W każdej chacie leżą w skrzyni ręcznie robione tradycyjne stroje. Nie nosi się ich na co dzień, ale kilka razy w roku, od święta, można się nimi pochwalić.
 
OD ŚWIĘTA
Na św. Wasyla przemawiają zwierzęta, więc lepiej się o nie zatroszczyć, zwłaszcza że i one, i ludzie dzielą ciężki los życia w górach.
 
RĘKODZIEŁO
Z wełny Huculi robią pledy w rombowe wzory, a także wełniane skarpety, które nosi się tu przez cały rok.

 

HUCULSKIE REALIA

 

Święto Jordanu, czyli Wodochreszczie, dzień Chrztu Pańskiego, jest bardzo malownicze. Od rana w huculskich strojach drogami, płajami i wydeptanymi w śniegu ścieżynkami ciągną ludzie w pobliże cerkwi nad rzekę. Tu czeka już wyrąbany przerębel i krzyż wycięty z lodu. W czasie ceremonii na mrozie pop świeci wodę, trzykrotnie zanurzając w niej krzyż, a wtedy każda rzeka, każdy górski potok zmienia się w świętą rzekę Jordan. Ludzie niosą wodę do domów, moczą w niej małe krzyżyki z wosku i przyklejają u powały, na odrzwiach, przy wejściu do stajni, obory, a nawet zwierzętom do rogów. Dzięki temu czarownice, uroki ani żadne inne zło nie będzie miało do nich dostępu.
Na Błagowieszczenije, czyli Zwiastowanie, św. Mikołaj oddaje klucze św. Jurijowi. Zaczyna się wiosna. Najpierw przednówek – najcięższy dla ludzi i zwierząt – kiedy zapasy siana kończą się, a młodej trawy jeszcze nie ma. Wreszcie łąki pokrywają się krokusami, a później świeżą zielenią. Śniegi na grani Czarnohory topnieją. Czas zacząć sprzątać po chatach pokoje gościnne dla turystów.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
PROBIER
spółka z o.o.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk