Numer / Kwiecień 2011

Jesteś tutaj: Strona głównaNumer Kwiecień 2011

Tekst:      Wojciech Albiński

SIOSTRY ŚWIĘTEJ DOKTRYNY


Tagi: 2011 , Proza , Kwiecień , Wojciech Albiński , ZA DARMO

Ten obyczaj noszenia sandałów powinny tu porzucić. Złe dla stóp. Z hotelowego tarasu obserwowałem cztery siostry zakonne maszerujące przez główny plac w mieście. Widziałem ich niewygodę i zaambarasowanie.
Niełatwo jest, będąc młodą dziewczyną, znaleźć się w zupełnie nowym otoczeniu, nie odpowiadać na uśmiechy i łakome spojrzenia mężczyzn w kolorowych koszulkach.
Usłyszałem, jak wymieniają między sobą kilka francuskich słów, przybyły więc z Belgii albo Francji.
Były bardzo białe, taką biel produkuje tylko północna Europa. Za tydzień lub dwa słońce zrobi swoje i religieuses nabiorą rumieńców. Nauczą się bronić swojej cery kremami, ochraniać stopy. Dwie z sióstr wyglądały na chłopskie córki, powinny wiedzieć co nieco o higienie. Deszcze spadają tu z wielką regularnością, w błocie rodzi się wszelkiego rodzaju złośliwe życie, czepia nóg, wpełza między palce.
Silny wentylator wydmuchiwał z apteki zapachy perfum, przeterminowanych leków. A także lakierów do upinania fryzur i wybielania skóry, środków do powiększania biustu i zmniejszania stóp. Zdarzało się, że jedno lekarstwo spełniało wiele zadań. Siostry zakupiły proszki do prania i brązowe mydło w kostkach. Obok sklepu z bielizną przeszły z kamiennymi twarzami.
Taras hotelu „Capitol” był jedynym miejscem, gdzie mogły chwilę odpocząć, toteż nie zdziwiłem się słysząc za plecami przesuwanie metalowego stolika, a potem pytanie kelnera o imieniu Filomen:
Czy potrzebne panu te dwa fotele?
Fotele były druciane, siedzenie i oparcie pokrywały cienkie plastykowe poduszki. Ciągnięte po kamiennej posadzce, wydały ostry skrzek.
Na podłużnym kredensie starszy kelner przygotowywał dzban z wodą zabarwioną sokiem. Dwaj chłopcy szykowali się, aby wrzucić do niego kilka kostek lodu, przetrzeć szklanki i powitać nowo przybyłych gości.
Czy mogę zapytać, do jakiej siostry należą Kongregacji? – spytałem.
My mówimy Zgromadzenie – poprawiła mnie najstarsza z czterech kobiet. Pozostałe nazywały ją Matka Luisa. – Wywodzimy się ze Zgromadzenia Świętej Doktryny.
– Domyślam się, że siostry uczą, przekazują… doktrynę?
– To jest nasze główne zadanie. Oprócz tego pomagamy miejscowym szpitalom.

Na środku stołu pojawił się dzban z mętną wodą, na dnie leżały kostki lodu. Przeliczone, na każdą z zakonnic wypadały dwie. Bez zachęty Matki Luisy żadna z sióstr nie wyciągnęła dłoni po szklankę
Chciałbym poczęstować siostry miejscowym sokiem – zaryzykowałem, i nie czekając na pozwolenie, przywołałem kelnerów każąc im zabrać ze stołu dzban z mętnym płynem. Zamiast tego dostarczyli zimne butelki z naklejką „Rajski sok”.
Wytwarzany na miejscu – wyjaśniłem. – Miejscowa siła robocza, co może być ważne… Owoce zbierają kobiety, gdyż mają delikatniejsze palce. Wślizgują wąskie dłonie pomiędzy gałązki kolczastych krzaków…
Na twarzach młodszych zakonnic odbiło się rozczarowanie. W dzbanie było dużo więcej płynu, niż w wąskich butelkach. Chłodną kostkę lodu można długo trzymać w ustach. Jej schrupanie byłoby jedną z cudowniejszych chwil, na które warto było czekać. A ten gbur jest typowym kolonialistą, który brzydzi się Murzynem i pije wyłącznie napoje, na które tubylców nigdy nie byłoby stać!
Wiedział, że Matka Luisa rozumiała go, ale te trzy młodsze?
Twarzyczki czyste i otwarte na przygodę. Wyglądały, jakby jeszcze tydzień temu siedziały w ławkach prowincjonalnego uniwersytetu, na którym wykłada się nauki społeczne.
Proszę mi wybaczyć ciekawość… – zaryzykowałem pytanie – mamy tu niewiele szpitali… Gdzie siostry będą pracowały?
Fort Amelia. Tam czekają na nas! – wyrwała się siostra, która nazywała się Christine.
Fort Amelia? Miejsce nie cieszy się dobrą sławą… Blaszane dachy bardzo się nagrzewają. Brak dobrych dróg. Wokoło swampsy, malaria…
Dodałem po chwili wahania: – Powtarzają się wieści o trądzie. Nie wiem, czy sprawdzone.
– Dlatego tam jedziemy
– rzuciła siostra Christine.
Oczywiście, oczywiście. Wszyscy szukamy zadań trudnych. Zadania łatwe nas nie interesują.
– Właśnie.

Czas uwolnić je od mojej obecności, pomyślałem. Przywołałem kelnera przybranego wstęgą. Dumnie prezentował wyhaftowane imię: Filomen.
Tknięty nową myślą, wróciłem do stolika czterech kobiet. Położyłem przed Matką Luisą kartkę ze swoim adresem i telefonem.
Gdyby z jakichś powodów siostry potrzebowały pomocy, proszę się ze mną kontaktować. Mam landrovera, który wszędzie dotrze. Dwa inne wozy też mogą się przydać.
Widząc, że już na pewno odchodzę, zakonnice pożegnały mnie życzliwiej.
Przez dwa miesiące nic się nie stało. Żyliśmy w spokojnym kraju i jeśli nawet coś się wydarzyło, wiadomość o tym grzęzła w piasku, albo spływała do bagien wraz ze strugami deszczu. Przed świętami, kiedy robiło się naprawdę gorąco, dostarczono mi do biura pogniecioną kopertę. Na odwrocie koperty: „Matka Luisa, Fort Amelia”. Tekst był krótki: „Jeśli masz Boga w sercu, przyślij nam kota, lub dwa. Kota i kotkę”.
List był pisany w pośpiechu, na kopercie znać było palce posłańca. Patrzyłem na te litery ze zdumieniem. Słońce. Za dużo słońca. Uprzedzałem je, nie chciały wierzyć. Teraz chcą kota. Kota i kotkę. Chcą je głaskać? Namawiać do kopulacji? Wierzą, że obcowanie ze zwierzętami uspokaja nerwy? Szkoda, że nie widziałem posłańca, zapytałbym, co tam się dzieje. Siostrzyczki pożarły się między sobą, czy upał pada im na nerwy?
Tego samego popołudnia zepsuł mi się land-rover. Na ostatnim zakręcie przed domem pękł przewód chłodnicy. Gruba, gumowa rura nie wytrzymała ciśnienia. Buchnęły kłęby pary, wyglądało, jakbym wyhamowywał wóz, który stanął w płomieniach.
Zbiegli się robotnicy, wycinający przydrożne krzaki i trawy. Pochylili się nad otwartą maską samochodu. W grubej kauczukowej rurze brakowało środkowej części. W otworze bulgotały wrzątek i para.
Rura skruszała – stwierdzili.
Pięknie buchnęło! Jak bomba! A może nawaliła pompa wodna?
Wśród przechodniów zdania były podzielone.
Reperacja systemu chłodzenia landrovera zajęła kilka dni. Mechanik kładł palec do rozerwanej tuby. Wyciągał stamtąd grubą warstwę brązowego osadu.
– Jak masło. Można tym smarować chleb.
Co pan tu robi?
Usłyszałem znajomy głos, to była siostra Luisa. Chodniki przed hotelowym tarasem były jeszcze bardziej nagrzane, niż kiedy spotkałem zakonnice po raz pierwszy.
Gdzie? Na tym placu? W tym kraju?
– Prawda
– odpowiedziała siostra – Tu każdy wykonuje jakiś zawód.
Takie wrażenie można odnieść, jeśli się widzi tylko białych… Jeden jest urzędnikiem w banku, bywają księgowi, zdarzają się lekarze i hodowcy… Z wyjątkiem czarnych, oni tu po prostu mieszkają! Są. Bez zawodu, zadania, usprawiedliwienia. Są i tyle.
Spaceruję. To mój sobotni spacer. Pora zakupów. Teraz zapraszam na drinka. Taras jest nad nami.
Zostało nam tylko kilka groszy na benzynę… Wszystko poszło…
– Na żywność dla kota?

Nie był to stosowny dowcip. Z reakcji siostry Luisy, z nagłego ściemnienia jej twarzy, z zamilknięcia siostry Christine, pojąłem, że bolesny.
Tak – przyszła odpowiedź.
Siostra pytała, co robię w tym kraju… Mapy. Bardzo dokładne, duże. Plany dróg, pogody, plany katastralne, drukujemy je potem na gładkim papierze.
Podobnie jak przed kilkoma tygodniami, znaleźliśmy się na tarasie hotelu, chyba przy tym samym drucianym stole.
Mapy, plany… Zdawałoby się, że to jest to samo… – zdziwiła się siostra Christina.
A jednak mapy różnią się od planów…
Niech pan nam tego nie wyjaśnia – wtrąciła Matka Luisa.
To samo podać? Najpierw dzban wody z lodem, a potem soki? – zapytał z uśmiechem kelner. – A te inne dwie siostry? Przedtem było was cztery?
Kobiety spojrzały na niego ze zdumieniem. Cóż za pamięć! Ile przyjaźni! Jego intencje musiały być szczere.
Siostra Irene i siostra Clotilde opuściły nas… To znaczy zakon.
Odeszły, nikomu nic nie mówiąc. Bez specjalnej dyspensy – wyjaśniła siostra Luisa. – Nie będziemy na nie teraz czekać.
Oh! – zmartwił się Filomen. Takie imię miał na tabliczce przyczepionej do fartucha. Na głowie miał modnie wystrzyżony zarys włosów.
To przykre… To bardzo smutne. Czy coś zabrały odchodząc? Coś zginęło?
– Nic
– odpowiedziała siostra Christine. – Niczego nie brakuje.
Kelner Filomen rozpromienił się.
Więc może wrócą! Teraz podam soki i dzban. Jak zeszłym razem!
Oczekiwanie na powrót Filomena przerwała Matka Luisa.
Gdyby pan przysłał wtedy tego kota, siostry Clotilde i Irene byłyby teraz z nami… Ludzie nie wiedzą, co się dzieje o tysiąc kilometrów od nich.
– Albo i nie chcą wiedzieć…
– uzupełniła siostra Christine, patrząc na mnie kwaśno. – Po prostu ich to nie interesuje.
Brzmiało to jak gorzki wyrzut. Siostry nie ustępowały w udzielaniu mi bolesnej lekcji, na którą z pewnością zasłużyłem.
Co się stało? Do czego był potrzebny wam kot? Czy siostry zrobiłyby z niego lekarstwo?
Rzuciłem do Filomena:
Pośpiesz się! Nie chcemy wody z lodem!
– Do Fortu Amelia schodzą się trędowaci… Spływają z sąsiednich krajów. O tym nikt nie mówi, nie ma gazet, które by o tym pisały. Wieść rozeszła się, że przyjmujemy wszystkich, ludzie ściągają, idą czasami kilka dni. Matki przynoszą na plecach dzieci, sadowią się w korytarzach i pod drzewami. Szpital, a więc to tak musi być. Dzieci ze zmartwiałymi palcami u stóp, z plamami na ciele. Ohydne białe plamy, ślady trądu.
– Koty nie leczą trądu.

Pojawił się Filomen z dużą mosiężną tacą. Stały na niej chłodne butelki i szklanki, przetarł je przewieszoną przez ramię serwetą.
Palce dzieci trzymają się na strzępkach ścięgien, są zmartwiałe…
– Nerwy w nich obumarły
– ciągnęła Matka Luisa. – Nocami podkradają się myszy, stada wygłodzonych gryzoni… Czujne, bezczelne. Wychodzą ze wszystkich nor. Czekają…
– Na co czekają?
– Na odpowiednią chwilę… Kiedy na sali zapadnie cisza i zrobi się mrok. Palce u nóg niemowląt są ich żerem. Bezszelestnie i bez bólu ogryzają je aż do kości… Rankiem matki wpadają w rozpacz, podnoszą krzyk! Chcą, żebyśmy zobaczyły, cośmy narobiły! To nasza wina! Mamy sprawić, aby te palce im odrosły, obnażone kostki pokryły się znowu zdrowym ciałem…

Matka Luisa zamilkła na chwilę, piła podany napój.
Czy lód, który tu podają jest robiony z gotowanej wody? – spytała.
Odpowiedziałem, że nie wiem, dwoma palcami wyjęła kostkę upuściła ją na kamienną posadzkę.
Przychodzą do nas kobiety z dalekiej północy… – ciągnęła – W tych niedostępnych rejonach pamięta się jeszcze o dziwnych obyczajach… Oskarżono nas, że obgryzłyśmy paluszki ich dzieci. Takie paluszki to podobno wielki przysmak. Krzyczały, że widziały nas w nocy na sali i przysięgały zemstę!
– I dlatego siostry Irene i Clotilde odeszły?
– Długo każdej nocy odpędzały gryzonie, więc oskarżenie musiało paść na nie. Nie odchodziły od łóżek dzieci, w końcu padały zmęczone. To musiało wzbudzić podejrzenia.
– Bały się, że zostaną otrute?
– Nic nagłego… źdźbło trawy, roztarte ziarno, kropla rosy zabarwiona krwią. Z każdym dniem stawałyby się słabsze i bielsze. Jedna z nich, ta mniej wytrzymała, straciłaby wzrok. Udzielano by im dobrych rad, nawet stróż radziłby odpoczynek. Ale ludzie wiedzieliby, że spotkała je kara. Ludzie zawsze wiedzą…
– A wy się nie boicie?
– Siostra Christine nie wchodzi na salę niemowląt. Jak dotąd nic jej nie grozi.
– A kto opiekuje się niemowlętami?
– Ja.

Matka Luisa pochodziła z chłopskiej rodziny. Była w niej niezwalczona twardość.
Uśmiechnięty Filomen zapewnił, że jest gotowy przyjąć dalsze zamówienia. Gdy będziemy gotowi, prosi, aby go zawołać. Dodał, że jego największym marzeniem jest ożenić się z siostrą zakonną. Mają wiele zalet, największa to ta, że szanują mężczyznę. Idealnie nadają się na żony.



wstecz
Podziel się!


Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
Probier Leasing
sp. z o.o. sp. k.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk