Numer archiwalny / Marzec 2011

Jesteś tutaj: Strona główna2011Marzec

ROZWIŃ PEŁEN SPIS TREŚCI
  • Wojciech Albiński

    WĘŻE SPADAJĄ Z NIEBA

    Albert wargami dotknął wierzchu własnej dłoni, krople potu nie były słone. Zaraz po dotarciu do obozu połknie dwie pastylki soli, inaczej opadną go senność i zmęczenie. Koszula idącego przed nim Murzyna pokryta była ciemnymi plamami. Tam, gdzie pot wysechł, widniały białe plamy. Powietrze było suche, w obozie czekała na nich woda. Wystarczyło tam dojść… Posuwali się wąską ścieżką przetartą przez dziką zwierzynę. Gdy ktoś przystanął, wiedzieli, otarł się o krzak nazywany „poczekaj”. Każda gałązka była obsypana białymi pazurkami z ostrą szpilką na końcu. Nawet przy lekkim muśnięciu pazurki wchodziły głęboko pod skórę. Należało wtedy przystanąć i wyjmować je bardzo powoli. Po dniu wędrówki ociekali krwią.

  • Ameryka Południowa Argentyna Buenos Aires
    Grzegorz Kapla
    Zdjęcia: Grzegorz Kapla

    Pocałunki

    Tydzień w Buenos

    Są wszędzie. W słońcu i w cieniu. Namiętne i ukradkowe. W usta i kark. Na powitanie i na do widzenia. Są jak uścisk ręki.

    Niedziela. Szósta rano. Piękna godzina. Powietrze świeże, jak siedemnaście lat i nogi w czerwonych szpilkach. Trójkątne plastry słońca pomiędzy cieniami kamienic wzdłuż Avenida Corrientes są jeszcze na tyle wąskie, żeby oczu nie poranić. Zanim opuścisz gościnne progi „El Beso”, żeby zejść na parter, do wyjścia – dostaniesz kawę i rogalik medialunę. Właściwie croissanta, bo smakuje dokładnie, jak w Tuluzie.
    „El Beso” – znaczy: „Pocałunek”. Tango bar. Najlepsze miejsce w śródmieściu, żeby zobaczyć tangueros. Dwa przystanki metrem, od Plaza Republica. Nie ma szyldu, tylko adres, ale ciasno ponad miarę. I pełno dymu, mimo że nad głową jeden przy drugim wiszą samochodowe filtry powietrza. Robią za abażury. Ażurowe, jak pończochy tancerek. Wino podają tu niebezpiecznie czerwone. Zupełnie jak usta. I lepiej na tym pozostać.

  • Poznaj Świat Przygody Atlantyk
    Opracował Janusz Czerwiński

    Jak turysta Doba ocean okiełznał

    Opracował Janusz Czerwiński na podstawie rozmowy z Aleksandrem Dobą, przeprowadzonej przez Jerzego Arsobę w Fortalezie, w Brazylii zaraz po zakończeniu rejsu

     

    Jest 10 grudnia 2004 roku. Z afrykańskiego portu Tema w Ghanie startuje wyprawa „Kaylantic”. W specjalne przygotowanym dwuosobowym kajaku – katamaranie wiosłowo-żaglowym – dwóch znanych polskich kajakarzy: Paweł Napierała i Aleksander Doba. Cel: pokonać Atlantyk! Niestety – próba kończy się już po 42 godzinach rejsu. Prądy morskie znoszą ich z powrotem. Nie taki kajak, nie takie wyposażenie, brak oceanicznych doświadczeń.

    Jest 26 października 2010 roku, godz. 14:30. Z Dakaru, stolicy Senegalu, wypływa żółty kajak. Niezwykła konstrukcja budzi w porcie sensację. W kokpicie – Aleksander Doba. Tym razem płynie sam. Cel bez zmian: pokonać Atlantyk!

  • Australia i Oceania Australia
    Monika Oksza-Strzelecka
    Zdjęcia: Monika Oksza-Strzelecka

    13 kilometrów do Raju

    Tego popołudnia cała załoga statku została zaangażowana do oprawiania kangurów oraz do wybornej uczty, na którą sobie pozwolili po czterech miesiącach niemal całkowitego pozbawienia świeżej żywności. Pół cetnara głów, ćwiartek i ogonów zostało uduszone w zupie na dzisiejszy obiad oraz na kolejne dni. Podano też tyleż steków – zarówno oficerom jak i całej załodze – ile tylko mogli zjeść za dnia i w nocy. W podzięce za dostarczone w samą porę zapasy, nazwałem ten południowy ląd Wyspą Kangura.

    Tak w dzienniku „A Voyage to Terra Australis” opisuje swe pierwsze wrażenia z pobytu na wyspie angielski podróżnik Matthew Flinders. Było to 21 marca 1802 roku.
    10 tysięcy lat wcześniej wyspa ta została oddzielona od kontynentu australijskiego. Badania archeologów wskazują, że już około 2 tysięcy lat temu przebywali na niej Aborygeni, ale z niewiadomych względów ją opuścili.
    Gdy pierwsi eksploratorzy – Nicolas Boudin i Matthew Flinders dotarli na wyspę, zastali ją zupełnie niezamieszkaną. Całkiem niepłochliwe kangury oraz foki baraszkujące tuż przy brzegu ostatecznie przekonały ich o tym, że człowiek tu nie mieszka.

  • Ameryka Południowa Boliwia
    Olga Pietkiewicz

    Tam, gdzie hula wiatr

    Jeszcze jakieś sto lat temu nie mieszkał tu prawie nikt. Nawet odporni na zimno i przyzwyczajeni do dużych wysokości Indianie Ajmara omijali ten kraniec Boliwii z daleka. Nie chcieli żyć na wyziębionej i słonej pustyni, ponad trzy i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. W miejscu, które mogłoby być jednym z końców świata. Nazwali je Uyvinto, czyli: tam, gdzie wieje wiatr.

    Na początku XIX wieku wszystko się zmieniło. Niechciane miejsce na bezdrożach andyjskiego płaskowyżu nagle stało się ważne. Właśnie tu skrzyżowały się trzy największe w tej części Ameryki Południowej linie kolejowe, łączące Boliwię, Argentynę i Chile. Transportowano nimi z głębi kontynentu do portów nad oceanem przynoszące spore zyski surowce mineralne. W tamtych czasach, położone niedaleko Potosi było ogromnym zagłębiem srebra, swego rodzaju eldorado. W Uyvinto, czy – jak się później przyjęło – Uyni, powstała osada. Zbudowano pierwsze domy, kościół i oczywiście stację kolejową.

  • Ameryka Północna Meksyk
    Beata Pawlikowska

    Taco, salsa, świerszcze w ustach

    A ja płonę

    Wstałam o świcie, kiedy niebo kąpało się w błękitnej świetlistości. Uradowane ptaki skakały po gałęziach i śpiewały z całych sił. Miałam ochotę przyłączyć się do nich w tej samej nucie, układając piosenkę na cześć nowego dnia, ale uśmiechałam się tylko i śpiewałam w sercu. Meksykańskie świty pachną kolendrą i pomarańczami. Na targowisku klaszczą Indianki. W powietrzu unoszą się smugi dymu znad garnków z kukurydzianym napojem zwanym atole. Usiadłam na drewnianej ławce. Podczas podróży najbardziej lubię jeść w takich właśnie miejscach, gdzie widok osoby o jasnej skórze jest witany zaskoczeniem. I sympatią, bo jeśli biała dziewczyna samotnie przybywa w tak odległe i nieturystyczne miejsce, to raczej nie ma złych zamiarów. 

  • Dokument Polska
    Grzegorz Micuła
    Zdjęcia: Grzegorz Micuła

    Czarcie ślady

    Polska krajem dinozaurów

    Jaszczury, które zamieszkiwały nasz kraj przed milionami lat, wracają do Polski. Dziś jednak zerkają już tylko szklanymi oczyma i szczerzą plastikowe kły. W ciągu kilku lat powstało w Polsce kilkanaście parków jurajskich, a kolejne są w budowie. Co na podstawie tropów i skamielin możemy powiedzieć o tych mezozoicznych zwierzętach? Matecznikiem polskich dinozaurów jest region świętokrzyski. Mniej więcej 160 mln lat temu na Kielecczyźnie biło o brzeg morze, a po plaży przechadzały się dinozaury, które zostawiały na piasku odciski.

  • Afryka Senegal
    Magdalena i Mirosław Osip-Pokrywka
    Zdjęcia: Magdalena i Mirosław Osip-Pokrywka

    Reggae mimo wszystko

    Ten zachodni kraniec Afryki rozbrzmiewa rytmami reggae, a każdy Senegalczyk ma duszę artysty. Trudna kolonialna przeszłość, handel niewolnikami ani obecna bieda i bezrobocie nie przyćmiły jego pogodnego oblicza. Może właśnie dlatego Senegal całkiem zawrócił nam w głowie.

    Rekinów nie jadamy. Ale łowimy je na sprzedaż do Gambii, Gwinei i Wybrzeża Kości Słoniowej – tak Lama, chłopak, którego poznajemy w Cap Skirring, nadmorskim kurorcie na południu Senegalu, objaśnia nam zwyczaje tutejszych rybaków. – Złowione ryby trafiają wprost do garnka albo do suszenia. Dopiero wysuszone idą na eksport. W takich temperaturach nie ma innej rady. Na chłodnie nie mamy pieniędzy.

  • Europa Szwajcaria Sankt Moritz
    Elżbieta Pawełek

    Kredyt w CHF...

    i na narty

    Najlepsze stoki narciarskie i słynne wyścigi konne na zamarzniętym jeziorze. Szampan i białe trufle, hotele jak pałace i rolls-royce’y z szoferami dla wygody gości. W Sankt Moritz bawi się wielki świat. Jest zapach luksusu, szelest gotówki i towarzystwo z pierwszych stron gazet.

    Tak jak wypada bywać na pokazach mody u Karla Lagerfelda, tak w sezonie zimowym w dobrym tonie jest odwiedzić Sankt Moritz. Pojeździć na nartach, a przede wszystkim sehen und gesehen werden, jak mawiają Szwajcarzy, czyli obejrzeć i samemu dać się zobaczyć. Ci, którzy dopiero pracują na swój pierwszy miliard, mieszkają nad jeziorem, w skromniejszym Sankt Moritz Bad. Ci, którzy już się dorobili – po drugiej stronie w Sankt Moritz Dorf, którego cenom sprostać może jedynie kieszeń szejka. Brigitte Bardot narzekała, gdy jej trzeci mąż Gunter Sachs zabrał ją na zimowe wakacje.

  • Ameryka Południowa Wenezuela
    Izabela Stachowicz
    Zdjęcia: Izabela Stachowicz Zdjęcia: Agnieszka Nosal

    Catatumbo!

    Nocny spektakl burz czerwonych

    Komary jak gołębie, gołębie jak orły, burze jak Catatumbo! Tak, to tropiki. Już samo brzmienie słowa „Catatumbo” zapowiada emocje.

    Europejski turysta, przybywając do Wenezueli, zmierza zwykle w kierunku najwyższego wodospadu świata – Salto Angel, położonego w Parku Narodowym Canaima, dostępnego tylko z wody lub powietrza. Ewentualnie – na 2810-metrowe tepui – Roraima, uznawane przez Indian za miejsce pochówku bogów.
    Tymczasem, na północno-zachodnim krańcu ogromnie zróżnicowanego biogeograficznie kraju, leży jezioro Maracaibo. Geomorfologicznie jest ono częścią morza, ponieważ 55-kilometrowa cieśnina łączy je z Zatoką Wenezuelską, a tym samym – z Morzem Karaibskim. Jednak, w dużej części, wody tego ogromnego zbiornika są wysłodzone, między innymi dzięki wpływającej do niego Rio Catatumbo.

Podziel się!

Adres redakcji:
ul. Jaśkowa Dolina 17
80-252 Gdańsk
e-mail: redakcja@poznaj-swiat.pl
tel. 535 444 990

PRENUMERATA:
tel. 58 350 84 64

Wydawca:
PROBIER
spółka z o.o.
Kowale Glazurowa 7
80-180 Gdańsk